Ulice Bangkoku to prawdziwe muzeum motoryzacji. Wcale nie dlatego, ze jeżdżą po nich jakieś wyjątkowo leciwe samochody, bo średnia wieku aut na ulicach stolicy Tajlandii jest pewnie niższa, niż w wielu europejskich metropoliach. Jednak tylko tu można spotkać autobusy, które pamiętają czasy, kiedy nikt nie wiedział o istnieniu internetu. Czasy, kiedy muzyki słuchało się z czarnych, winylowych krążków albo w najlepszym przypadku z magnetycznych kaset.
Po ulicach stolicy Tajlandii wciąż jeździ półtora tysiąca leciwych rupieci. Kilkadziesiąt lat temu zostały zbudowane z blachy, drewna i nitów. To ekstremalnie proste konstrukcje obliczone na lata bezawaryjnego wleczenia się po zatłoczonych ulicach największym azjatyckich miast. Część z nich została wyprodukowana w Chinach, inne to marki z Japonii. Napędzane są przez ogromne dieslowskie silniki, których pojemności przekraczają często 10 litrów. Moce sięgają zaledwie 200 lub 300 koni mechanicznych – ma być powoli, ale skutecznie. Bez szaleństw, bez dużych prędkości, ale za to z milionami kilometrów na licznikach.

Dziury w podłodze i kierowcy – wyjadacze
Sama przejażdżka takim autobusem jest już dużą turystyczną atrakcją. No bo gdzie w Europie znajdziecie miejskie autobusy z dziurami wielkości stopy w podłodze, wystającą półtora metra od podłogi, sfatygowaną dźwignią zmiany biegów i harmonijkowymi drzwiami, które robią więcej huku, niż betoniarka na budowie. Do tego te najstarsze linie, obsługiwane przez miejskich przewoźników zatrudniają często prawdziwych ulicznych wojowników. To najbardziej doświadczeni kierowcy, którzy pokonują ulice Bangkoku w jedynym w swoim rodzaju stylu.

Po pierwsze, drzwi otwieramy jakieś 50 metrów przed przystankiem, kiedy autobus jedzie jeszcze z całkiem sporą prędkością. Zamykamy – a jakże – kolejnych 50 metrów po zabraniu pasażerów. Przystanek na środku ulicy? No jasne, żaden problem. Po co zjeżdżać na skrajny pas przy chodniku, skoro można stanąć pomiędzy napierającymi z każdej strony tuk tukami, skuterami i kolorowymi taksówkami. Hamowanie na zakrętach albo hopach nad kanałami? Nie ma takiej opcji. Stare drewniane autobusy to zabawa dla twardzieli.
Długo już nie pojeżdżą
W wysłużonych kanciastych, czerwono-kremowych busach oczywiście nie ma klimatyzacji. Nie ma także szyb w oknach, więc na szczęście powietrze trochę przewiewa ciężkie, miejskie powietrze i zapach smażonego kurczaka albo ryżu z krewetkami, który kierowca spokojnie konsumuje porcja po porcji podczas krótkich przystanków na światłach. Nikogo nie dziwi także 10-minutowy postój pomiędzy przystankami. Akurat tu kierowca albo biletowa postanowili wyskoczyć na lokalny market po jakieś małe, smakowite zawiniątko czy butelkę wody do jednego z tysięcy małych marketów 7 Eleven.

Niestety wszystko kiedyś ma swój koniec i wydaje się, że losy tych zdezelowanych legend Bangkoku są już przesądzone. Miasto od lat zmaga się z ogromnym problemem dotyczących zanieczyszczenia powietrza. 1500 dieslowskich smrodziuchów na pewno w tej walce nie pomaga. Podjęto co prawda próbę ratowania tych jeżdżących symboli stolicy Tajlandii, przerabiając część z nich na paliwo gazowe. Okazało się to jednak nieekonomiczne ze względu na koszty samej modernizacji. Stare autobusy znikają z coraz większej liczby tras, a zastępują je nowoczesne, klimatyzowane, niskopodłogowe pojazdy.
Najwięcej kilkudziesięcioletnich, wysłużonych staruszków można spotkać w centrum Bangkoku. Warto do nich wskoczyć, nawet, jeśli nie macie żadnego konkretnego celu podróży. Tylko po to, żeby przejechać się kilka przystanków, zanim legendy zupełnie znikną z ulic stolicy Tajlandii.

fot. 4stopy.pl