Piękne kościoły zbudowane przez Hiszpanów. Intramuros, czyli stara dzielnica z tragiczną historią. Ścieki w centrum miasta i nowoczesna, błyszcząca Makati z barami na dachach wieżowców, Jeepneye wożące mieszkańców miasta i tuk tuki czekające na turystów. Taka jest Manila. Według statystyk jedno z najbardziej niebezpiecznych miast świata.
Miasto brudu i smrodu, miasto błyszczących wieżowców, miasto pięknych, wielkich kościołów zbudowanych kilkaset lat temu i miasto skrajnej biedy i kontrastów. Manila to miasto, w którego centrum elity grają w golfa, a tuz obok ludzie mieszkają w kartonach, tuż przy brudnych, śmierdzących kanałach. Miasto, po którym jeżdżą tysiące kilkudziesięcioletnich amerykańskich Jeepów, przerobionych na wieloosobowe, miejskie taksówki. To jest miasto, które się albo pokocha, albo od razu znienawidzi.
Manila. Stolica Kontrastów
Takich kontrastów i podziałów nie widziałem jeszcze w żadnej stolicy. Stara część Manili to w ogromnej większości rozpadające się budynki, pozasłaniane blachami drzwi i okna i wszechobecne śmieci i śmierdzące resztki. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, na obwodzie historycznej dzielnicy Intramuros elity zbudowały pole golfowe. Kiedy pytam kierowcę trajka, czyli napędzanego pedałami trójkołowego połączenia rykszy i roweru czy każdy może tu wejść i zagrać, kręci głową i mówi, że to tylko dla rządzących i bogatych.

Zamożne elity i bananowa młodzież spacerują po pięknych, czystych bulwarach, na których stoją pomniki a wieczorami spędzają czas w luksusowych barach na szczytach hoteli dzielnicy Makati – biznesowej części miasta. W tym samym czasie 90% mieszkańców Manili ogląda ścieki i stara się zarobić jakiekolwiek pieniądze na utrzymanie.
Manila jest pełna pięknych kościołów i odniesień do głębokiej wiary, zakorzenionej tu przez setki lat obecności Hiszpanów. Bazylika w China Town, czy najbardziej okazała w całym mieście katedra w Intramuros to symbole stolicy Filipin, ale jednocześnie Manila to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast świata, w którym każdy sklepik jest zakratowany od dołu do góry, co chwilę widać uzbrojonych po zęby policjantów, a jazda Jeepneyami, czyli miejskimi, wspólnymi taksówkami, może skończyć się stratą portfela.
Ze slumsów na dachy wieżowców
Kierowcy trajków za dwie godziny jazdy w upale przekraczającym 30 stopni biorą 10 albo 15 złotych, na lokalnych bazarach sprzedaje się za grosze mięso i warzywa, często w warunkach poniżej jakiegokolwiek poziomu podstawowej higieny. To tu, kilkanaście kilometrów na północ od lotniska w Manilii na życie zarabiają ci, którzy nie chcą zejść na złą drogę i kupują ci, których nie stać na luksusowe centra handlowe, restauracje i kawiarnie, których jest w Manili całkiem sporo. Wystarczy zmienić dzielnicę i odjechać od miejskich slumsów kilkanaście kilometrów na południe.
Z daleka na horyzoncie wyraźnie rysują się kształty wieżowców z apartamentami, biurowców i hoteli z eleganckimi rooftop barami. Tu nikt nie myśli i nikt nie pamięta o śmierdzących ulicach ani o ściekach i chorobach z miejskich kanałów. Ta Manila jest inna. Wcale nie na pokaz i wcale nie sztuczna. Po prostu inna. Błyszcząca, pachnąca i uśmiechnięta.